Recenzja: Transformers, Age of Extinction

Lubię chodzić na „blockbustery”. Lekkie, pełne akcji, niewymagające myślenia filmy, idealne na relaks po ciężkim tygodniu w pracy. Jeszcze lepiej, kiedy są w nich elementy fantastyczne, co zwykle gwarantuje dobrą zabawę i dobre wrażenia wizualne.

Tym razem, wybrałem się na Transformersów. Oglądałem wszystkie poprzednie części, z których najbardziej zapadły mi w pamięć te z Megan Fox (ciekawe dlaczego :P).

Wartka akcja, dużo wybuchów, patetyczny amerykański patriotyzm i wielkie roboty, które zmieniają się w razie potrzeby w najnowsze modele sportowych aut – to znaki firmowe całej serii. Tak również było tym razem, aczkolwiek widać, że chyba reżyser się rozwija, bo dodał kilka dodatkowych elementów do swojego warsztatu, ale po kolei.

Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to niemiłosiernie długi czas jaki upływa, zanim nastąpi zawiązanie fabuły. Nie wiem co reżyser chciał przez to osiągnąć, domyślam się, że może chodziło o wprowadzenie dodatkowych wątków, aczkolwiek żadnych nie zarejestrowałem, można więc stwierdzić, że zabieg był nieudany.

Kolejna rzecz (tym razem w miarę pozytywna), to szczypta autoironii w scenie z opuszczonym kinem w postaci tekstu o robieniu remake’ów i sequeli.

Kolejna rzecz (tym razem bardzo pozytywna) to wybranie na główną żeńską postać pani Nicoli Peltz. Śmiem twierdzić, że pod względem seksapilu dorównuje Megan😉

Skoro jesteśmy już przy obsadzie, to jakkolwiek lubię Marka Wahlberga, to przyznam szczerze, że wybranie go do roli wynalazcy-desperata-samotnego ojca było kompletną porażką. Mark wyglądał bardziej jak facet Nicoli a nie jak jej ojciec. Ich dialogi brzmiały bardziej jak rozmowy kochanków w kryzysie niż ojca i córki.

Z pozostałej obsady, swoje role świetnie zagrały: Lamborghini Aventador, Chevrolet Corvette i Pagani Huayra.

Całą resztę filmu wypełniły miliony, jeżeli nie miliardy wybuchów i eksplozji. Część eksplozji wydarzyła się w USA, część w Chinach, gdzie zobaczymy również piękne krajobrazy – przy okazji niszczenia ich przez eksplozje.

Generalnie można powiedzieć, że głównym przesłaniem filmu są eksplozje – 99%, z dodatkiem fajnych samochodów – 0,5% i pięknych kobiet – 3 sztuki. Dodam jeszcze, że przez 10 minut na ekranie pokazują się Dinoboty (jeżeli by to kogokolwiek obchodziło).

Czy warto iść na ten film? Z dziewczyną na pewno nie. Z kolegami pewnie po kilku jointach będzie zabawnie. Przed snem jak najbardziej polecam, dawno tak dobrze nie nastroiłem się na nocny odpoczynek.

Londyn – into the darkness

Po pierwsze gwoli wyjaśnienia – dlaczego „into the darkness”? Są dwa powody, pierwszy, bo lubię odwołania filmowe, drugi, że „w ciemność” to taki krok w nieznane. Nieznane dlatego, że rzeczone miasto było mi zupełnie obce, a jego wielkość czyni je przytłaczającym. Spodziewałem się więc dużo różnych przygód, lecz ku mojemu zaskoczeniu nie było ich wiele.

Do Londynu przyjechałem na rozmowy z potencjalnymi pracodawcami. Generalnie byłem gotowy – 7 lat doświadczenia w branży, nowy garnitur i koszula, odpowiednia ilość perfum na wypadek, gdyby przesłuchującym była kobieta.

Na pierwszą rozmowę trafiłem wyjątkowo bezproblemowo, zawczasu przygotowana rozpiska połączeń zdała egzamin. Firma potencjalnego pracodawcy nr. 1 – dużego funduszu inwestycyjnego, powitała mnie nowoczesnym designem budynku. Piaskowiec połączony z dużymi szklanymi powierzchniami robił wrażenie solidności i przestrzeni.

Wnętrze budynku wprowadzało atmosferę spokoju. Jasne płytki na podłodze, drewno i aluminium na ścianach. Recepcjonistki które idealnie komponowały się z elementami wyposażenia. Czarne uniformy, schludnie upięte włosy, profesjonalny uśmiech, Londyński akcent.

Krótka wymiana zdań, karta gościa, ochrona otwiera bramkę, winda na 12 piętro. Przybywam, rozglądam się, totalna cisza. Na kolejnej recepcji zostaje skierowany do pokoju konferencyjnego.

Drewniany stół, 8 skórzanych foteli, telefon Cisco na stole. Pojemnik z herbatami posegregowanymi po smaku. Trzy filiżanki, trzy szklanki, termos z kawą, termos z gorącą wodą, ciasteczka, dwie butelki z wodą. Wszystko dopasowane, wszystko idealne.

Czekam 10 minut. Wchodzi dwóch panów. Wstaje, szeroki uśmiech na powitanie, szybki żart na dobre wrażenie. Pan A – typowy inżynier, ale schludnie ubrany. Pan B – menadżer pełną gębą, świetnie dobrany garnitur, uśmiech jak Wilk z Wall Street.

Dyskusja dość luźna, nie mam oporów przed użyciem lekko sarkastycznego humoru. Jest chemia. Wy jesteście wilkami, ale ja jestem lwem. Wzajemny szacunek. Godzina mija, wszyscy zadowoleni.

Czekam na kolejną rundę przesłuchań. Wrzucam kolejne dwie tabletki ibupromu, ząb boli jak cholera. Pół godziny, jest dobrze, jestem gotowy.

Kolejna runda podobnie. Dwa piętra wyżej, widok na miasto. Żałuje, że nie zrobiłem zdjęć. Interviewer, były pracownik mojego aktualnego pracodawcy. Dobry kontakt, rozmawiamy trochę o firmie. Odprowadza mnie do recepcji. Pewny uścisk dłoni. Pierwsza bitwa wygrana.

Wiem, że jestem spóźniony. Biegnę do metra. Sprawdzam notatki, przesiadam się. Jestem prawie u celu. GPS się gubi, błądzę chwilę. W końcu trafiam.

Nie zbyt duży, przeszklony biurowiec. Jakby schowany. Z dala od City. Wchodzę na recepcję, sekretarka wpada mi w oko. Szybka wymiana zdań, czekam na interviewera. Wchodzę, mam rozwiązać godzinny test. Znam odpowiedź na połowę pytań, z resztą kombinuje. Nie chcę używać internetu w telefonie. Jeżeli nie przejdę, widocznie przeznaczenie ma na myśli coś innego. Firma ogólnie się mi nie podoba, nie czuje chemii, to chyba nie moje miejsce.

Godzina mija, oddaje test. Po 15 minutach poprawiony. Nie przechodzę, żegnam się. Pora zjeść.

Dwie sałatki ze sklepu i woda kokosowa. Przed jedzeniem dwa ibupromy. Czas kierować się do ostatniego miejsca.

Dwie przesiadki, wychodzę w Canary Wharf – jedyne miejsce, które dotąd tu znałem. Idę do FIRMY, anonsuje się na recepcji. Mój interlokutor przybywa, przechodzę przez bramki, winda 18 piętro.

Sympatyczny facet, od razu go lubię. Robię sobie herbatę w kuchni. Idziemy rozmawiać, po raz kolejny świetny widok przez okno, znowu nie zrobiłem zdjęć.

Rozmowa idzie idealnie, przedstawiam mu swoją wizję, jest wyraźnie zainteresowany. Mija godzina, wychodzę z budynku.

Czekam na Gosię, idę się napić czegoś zimnego. Nie ma tylu ludzi co kiedyś. Czekam pół godziny. Spotykamy się na głównym placu, idziemy coś zjeść. Zamawiam kurczaka w bekonie i frytki – 2 razy. Ona minestrone. Siedzimy i rozmawiamy o życiu i o starych czasach.

Na chwilę przyjeżdża jej facet, sympatyczny gościu, poczciwy, Kanadyjczyk. Krótka rozmowa, on jedzie do domu. My zostajemy jeszcze chwilę. Kolejne dwa ibupromy.

Jest 21, jedziemy zobaczyć miasto nocą, jest pięknie, kilka zdjęć. Czuję się zmęczony, ząb ciągle zakłóca przebieg myśli, mimo, że jest znieczulony.

Godzina 23, jesteśmy u niej w mieszkaniu. Po drodze kupuję wodę. Prysznic, ścieli mi łóżko. Idę spać.

Rano budzi mnie hałas pociągu, ogarniam się trochę, leżę w łóżku. Kolejne dwa ibupromy. Gosia wstaje, jemy śniadanie, biorę prysznic. Jak zwykle świetnie się rozmawia.

Idziemy zwiedzać miasto, zaliczamy kolejne spoty. W Zarze doradza mi co kupić. Szorty w paski, japonki i różowa koszulka – idealny outfit na gorącą pogodę. W końcu przysiadamy na lunch. Ja biorę steka, ona sałatkę. Jemy rozkoszując się ciepłem słońca.

Kolejne dwa ibupromy.

Ona idzie do teatru z facetem. Ja zwiedzam sam. Spacer wzdłuż rzeki do galerii sztuki nowoczesnej. Szybkie zwiedzanie. Oni skończyli, umawiamy się w jej mieszkaniu. Idziemy na grilla.

Na grillu prawie sami Polacy, rozmawiamy to po Polsku to po Angielsku, by inni zrozumieli. Jedzenie jest świetne, gospodyni jest w ciągłym ruchu, chce z każdym porozmawiać.

Zaczyna się mecz, telewizor ustawiony jest w oknie, każdy zerka od czasu do czasu. Brazylia nie istnieje. Trzecie miejsce dla Holandii.

Towarzystwo jest coraz bardziej pijane, ale wszyscy są wyczilowani. Nikt się nie upodlił, jest pełna kultura. Czas na nas, zbieramy się. Pół godzinny marsz do domu, ząb nie daje spokoju, kolejne dwa ibupromy. Dopiero po pól godziny proszki działają.

Następnego dnia budzę się wyjątkowo wyspany. Świetnie się bawiłem przez te dwa dni. Pora wracać. Rozstajemy się przy wyjściu.

Trochę żałuje, że już muszę lecieć do Glasgow. Wiem jednak, że niedługo tu wrócę – w poniedziałek dowiaduje się, że jeden z pracodawców jest zainteresowany.

Lew wraca na swoje miejsce – do dżungli.

Londyn – wrażenia

W ostatni weekend miałem przyjemność odwiedzić stolicę Wielkiej Brytanii po raz drugi. Pierwszy raz był wizytą służbową w Londynie i nie udało się mi zobaczyć zbyt wiele miasta poza siedziba mojego pracodawcy w Canary Wharf.

Ten wyjazd również posiadał cele biznesowe w postaci kilku rozmów kwalifikacyjnych. Moje alter-ego podpowiada mi jednak, że tak naprawdę chciałem zobaczyć miasto i spotkać się ze znajomymi.

Osobistymi przeżyciami zajmiemy się jednak później. Tymczasem czas wziąć Londyn pod tomograf i zobaczyć co jest w środku.

Pierwszy kontakt z miastem nastąpił na lotnisku, które nota bene w Londynie się nie znajduje, mowa o lotnisku w Gatwick, które położone jest około 40 km na południe od miasta. Lotnisko jest ogromne, ma dwa terminale i jest utrzymane w stylu „aluminium, beton, szkło”. Ciekawym elementem tego kompleksu jest tzw. shuttle, czyli automatyczna kolej kursująca między terminalem północnym i południowym.

Do miasta można dostać się tylko z terminala południowego, który był zbudowany wcześniej i posiada bezpośrednie połączenie kolejowe z Londynem. Podróż pociągiem jest najszybszym sposobem dostania się do stolicy, do wyboru mamy Gatwick Express i zwykłą kolej. Różnica między nimi jest taka, że pierwsza opcja jest droższa (34,99 w dwie strony) i ma stały czas przejazdu około 30 minut (nie zatrzymuje się na pośrednich przystankach), natomiast w drugim przypadku jedziemy od 30 do 50 minut i płacimy połowę z tego. Ja byłem w dość dużym pośpiechu ze względu na terminy, wybrałem więc Express. Była to trafiona decyzja, bo razem ze wszystkimi przesiadkami w metrze i błądzeniem z GPS-em, udało mi się zdążyć na 5 minut przez umówioną godziną🙂

Jeżeli już przy metrze jesteśmy, to powiem tylko tyle, że bez wcześniejszego przygotowania sobie przesiadek i tras na Google Maps był bym bezradny. Sieć metra w Londynie jest ogromna, czemu trudno się dziwić skoro pamięta jeszcze początku XX w. i od tego czasu było konsekwentnie rozbudowane. Samo metro, zwane przez lokalsów „the tube” działa dość sprawnie. Pociągi kursują często i o ile nie ma żadnych strajków, wszystko działa w najlepszym porządku. Same stacje metra nie wyglądają zbyt nowocześnie, może poza linią „Jubilee”. Generalnie są brudne, dość klaustrofobiczne i osobiście kojarzą mi się z wnętrzami z jednej z części „Piły”.

Do poruszania się po ścisłym centrum i okolicach wystarczy zaopatrzyć się w dzienny bilet na strefy 1-2, który o ile macie kartę „Oyster” (taka lokalna Krakowska Karta Miejska, 5 funtów za sztukę) wyniesie was około 7 funtów.

Tak jak już wspominałem, żeby sprawnie korzystać z metra najlepiej wypisać sobie wcześniej wszystkie przystanki przesiadkowe i nazwy tras w okolicy punktów docelowych. Bez tego, spędzicie godziny gapiąc się w mapę tras i próbując znaleźć interesujące was miejsca.

Miejsc do zobaczenia jest sporo. Zaczynając od National Gallery, Big Bena, Pałacu Buckingham, przez Tate’s Modern Art Gallery do Leicester Square czy bulwarów nad Tamizą. Londyn posiada szeroką ofertę dla turystów. Co przy okazji przekłada się na dzikie tłumy obecne na ulicach chyba przez całe lato. Mówiąc dzikie tłumy mam na myśli korki na chodnikach i ludzi przelewających się wprost przez ulicę. Widząc to, szczerze współczuje mieszkańcom miasta, którzy śpiesząc się w swoich sprawach muszą przebijać się przez ten tłok.

Warto podkreślić, że wiele wartych zobaczenia obiektów w mieście jest dostępna za darmo lub za niewielką opłatą. Mnie udało się zajrzeć do National Gallery, gdzie byłem pod ogromnym wrażeniem bogactwa i jakości zgromadzonej kolekcji. Przewinąłem się też w okolicach pałacu Buckingham, gdzie spory tłum czekał ze zniecierpliwieniem na zmianę warty honorowej.

Ostatnim przystankiem dnia była Tate’s Gallery of Modern Art, którą nie byłem jakoś szczególnie zachwycony. Trafiłem na moment, w którym wystawiana była kolekcja Henry’iego Matissa z okresu jego późnej twórczości. Obrazy stworzone z wycinanych kawałków kolorowego papieru, niektóre całkiem pokaźne (5×7 metrów). Nie trafiła zbytnio w mój gust. Ta przyjemność kosztowała mnie 18 funtów.

Kiedy już zwiedzicie wszystkie klasyczne atrakcje, warto wtopić się trochę w miasto. W Londynie jest dość sporo parków, gdzie można wypożyczyć sobie leżaki za niewielką opłata (1,6 funta za godzinę).

Nad Tamizą w Southbanks jest sporo dobrze wyglądającego street foodu (nie jadłem) a dla maniaków obijania sobie piszczeli – słynna miejscówka deskorolkowa (nie jeździłem :/).

Na zakupy warto wybrać się do Covent Garden, gdzie można zjeść, ubrać się i wypić w urokliwym otoczeniu.

Jeżeli macie ochotę na kino, to Leicester Square posiada kila kin zgromadzonych w jednym miejscu, zarówno multipleksów jak i kin alternatywnych. W okolicy serwują też dobre steki z frytkami (20 funtów).

Poza wszystkimi materialnym przyjemnościami, warto zwrócić uwagę, że w tym mieście ciągle coś się dzieje. Każdy znajdzie coś dla siebie – możemy dołączyć do demonstracji solidarności z narodem palestyńskim, tańczyć nad rzeką breakdance z lokalną ekipą lub uczestniczyć w publicznych zajęciach jogi. W takim miejscu nie ma możliwości się nudzić.

Gdybym miał porównać Londyn do jakiegoś Polskiego miasta, z pewnością był by to Kraków. Widać dużo podobieństw między oboma miejscami i świadomie czy nie, miasto królów Polskich podąża ścieżka wytyczoną przez stolicę Wielkiej Brytanii. Kraków nie jest oczywiście taki kosmopolityczny jak Londyn, ale jeżeli chodzi o ofertę kulturalną, kulinarną czy rynek pracy, myślę, że sytuacja jest dość podobna.

Oczywiście Kraków przebija Londyn pod względem ilości pięknych kobiet, ale to już niedługo może się zmienić, kiedy kolejny milion Polaków wyemigruje do UK😉

Podsumowując, była to bardzo udana wizyta i już się nie mogę doczekać, kiedy przeprowadzę się tam na dłuższy czas – zajęcia jogi czekają :p.

Couchsurfing – pierwsze wrażenia

Trochę z nudy a trochę z ciekawości wpadłem na pomysł aby zaangażować się w ruch coachsurfingowy. Jeżeli nie jesteście obeznani z tym terminem, to idea jest bardzo prosta – udostępniasz swoją kanapę (dostarczasz nocleg) ludziom za darmo. W rewanżu oni robią to samo dla Ciebie. Centrum tego całego ruchu jest strona couchsurfing.org

Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że ludzie którzy szukają noclegu to głównie studenci, którzy podczas wakacji podróżują po świecie. Z oczywistych powodów nie mają dużo pieniędzy, a te które mają przeznaczają głównie na jedzenie i transport.

Tym sposobem, kilka dni po tym, jak zarejestrowałem się na tym portalu skontaktowały się ze mną dwie Francuzki. Clair i Mane okazały się przemiłymi osobami, do tego stopnia, że pochwaliły nóżki z kurczaka, które dla nich upiekłem na kolacje. Miały też uroczy francuski akcent. Oprowadziłem je po mieście, zaliczyliśmy wszystkie najważniejsze turystyczne spoty. Kolejnego dnia rano zjadły śniadanie i wyjechały.

Na kolejny weekend zaplanowaną mam wizytę gości ze słonecznej Italii. Mam nadzieję, że będą chcieli zwiedzać coś innego. Poza tym zapowiada się kolejny ciekawy weekend🙂

Cienka linia między miłościa a obojętnością – post mortem związku

Tym razem trochę bardziej osobisty post, tyczący się moich ostatnich doświadczeń z rodzajem żeńskim. Piszę go w celach terapeutycznych, żeby wyrzucić te wszystkie myśli, które krążą mi teraz po głowie.

Historia jest wzięta trochę jak z filmu. Na Boże Narodzenie 2013 przyleciałem tradycyjnie na urlop do kraju. Siedząc pewnego dnia na kompie i gapiąc się w Facebooka, stwierdziłem, że zrobię coś kreatywnego i wejdę na pewien portal randkowy na którym miałem już konto. Ustawiłem miasto na Kraków i zacząłem przeglądać inwentarz. Napisałem do kilku kobiet, dostałem kilka odpowiedzi, w większości jednak przypadków rozmowa słabo się kleiła i widać było, że to nie jest to.

W końcu trafiłem na JEJ profil. Od razu wpadła mi w oko, napisałem, odpisała dowcipnie. Rozmawialiśmy przez dłuższy czas. Nie zaproponowałem od razu spotkania, w końcu były święta. Rozmawialiśmy dwa dni potem. Umówiliśmy się w Krakowie na rynku. Ona miała mi wysyłać wskazówki, ja miałem ją odnaleźć. Trochę ze mnie gapa była, ale jakoś się znaleźliśmy. Nie wiedziałem za bardzo jak zacząć, ona przywaliła jakimś mocnym egzystencjalnym tematem. Trochę mnie zatkało, nie wiedziałem co powiedzieć, ale zacząłem improwizować w swoim stylu. Spacerowaliśmy przez dwie godziny rozmawiając o różnych rzeczach. Odprowadziła mnie do samochodu. Wróciłem do rodziców.

Rozmawialiśmy potem jeszcze na tym portalu randkowym. Umówiłem się z nią w dzień wylotu. Byliśmy na kawie, znowu ciężki tematy. Byłem zachwycony – w końcu jakaś inteligentna dziewczyna. Pocałowałem ją na pożegnanie, aż poczułem dreszcze.

Pisaliśmy na FB przez kolejne dwa miesiące, w końcu zaprosiłem ją do siebie. Przyleciała. Zwiedzaliśmy zamki Szkocji, kochaliśmy się, było wspaniale.

Kolejny raz przyleciałem na Wielkanoc, znowu euforia, znowu wspólne chwile, byliśmy nierozłączni.

Na przełomie maja i czerwca mieliśmy lecieć do Mediolanu. Niestety nie wyszło – finanse. Stwierdziłem, że przylecę do Polski, chciałem z nią być. W międzyczasie, coś powoli zaczęło się psuć. Już nie pisała mi, że tęskni, zaczęła być bardziej chłodna.

Wyszła mnie powitać na lotnisko, była perfekcyjna – szpilki, makijaż, sukienka. Byłem wniebowzięty. Spędziliśmy kilka dni w Krakowie. Potem pojechaliśmy do Zakopanego wyszliśmy na któryś szczyt, ona zaczęła rozmowę o nas. Ja powiedziałem, że chce z nią być, ona, że woli dotychczasową formę znajomości – bardziej luźny związek. Byłem trochę zdziwiony, jej zachowanie nie pasowało do tego co mówi.

Odwiozłem ją do domu, następnego dnia pojechałem odwiedzić rodziców. Ona przez cały dzień była zajęta, rzadko odpisywała. Sobotę – mój ostatni pełny dzień w kraju mieliśmy spędzić razem, nie miała czasu. W nocy jechała do Olsztyna na casting. Pojechałem się z nią pożegnać, na odchodne dałem jej dwie fioletowe gumki do włosów (mój ulubiony kolor), żeby o mnie pamiętała. Ona dała mi kamyk z Zakopanego. Pocałowałem ją, wtedy nie wiedziałem, że będzie to nasz ostatni pocałunek.

Wróciłem do Szkocji, dalej rozmawialiśmy, była zimna. Któregoś dnia mi powiedziała, że nie wie czy chce to ciągnąć. Powiedziałem, że chce z nią być, ale, że to jej decyzja. Następnego dnia odpisała, że wszystko jest w porządku. Ja jednak czułem, że już to długo nie potrwa. Stwierdziłem, że dam jej czas. Nie pisałem, niech sama odpisze. Nie napisała. Tydzień później złożyłem jej życzenia urodzinowe. Napisała tylko, że dziękuje, porozmawialiśmy krótko. Kolejny tydzień bez kontaktu. W końcu wysłałem jej piosenkę na dobranoc, która nagrałem na ulicy. Powiedziała, żebym jej dał spokój, żebym sobie odpuścił. Zapytałem, czy chce zerwać wszelkie stosunki, potwierdziła. Podziękowałem jej za cudowne chwile i życzyłem wszystkiego najlepszego.

Paradoksalnie nie czuje się teraz źle, nie czuje nic. Myślę, że dobrze się stało. Gdyby dalej miało się to ciągnąć w tej formie, pewnie było by to bolesne. Teraz przynajmniej sytuacja jest jasna. Mam dość zajęć by nie myśleć o tym.

Całą sytuacja trochę mnie zaskoczyła, ciężko mi jest pojąć jak tak szybko można przejść przez pełną skalę temperatury uczuć – od wrzątku do lodu. Myślę sobie, że źle ją oceniłem. Mimo młodego wieku (21) wydawała się kobietą, tak naprawdę jest zagubioną dziewczynką, która nie wie czego w życiu chce.

W filmach takie historie zwykle dobrze się kończą – „… i żyli długo i szczęśliwie”. Pewnie w filmie, po moim kolejnym powrocie do kraju, ONA czekała by na mnie na lotnisku ze łzami w oczach. Nie musiałaby nawet przepraszać, pocałowalibyśmy się, a na ekran weszły by napisy końcowe.

Życie to nie film.

Rok w UK z perspektywy osobistej

Rok temu podjąłem decyzje, która prawdopodobnie na zawsze zmieniła mnie i moje życie – postanowiłem, że spróbuje szczęścia za granicą. Z perspektywy czasu uważam, że była to dobra decyzja. Oczywiście wszystko ma plusy i minusy, ale do tego przejdę potem.

Co mnie zmotywowało do podjęcia takiego kroku ? Z perspektywy kogoś kto zna moją sytuację można by było pomyśleć, że nie potrzebowałem wyjeżdżać. Miałem dobrą pracę , nowe mieszkanie z ratą na akceptowalnym poziomie, znajomych i dobrych przyjaciół obok mnie.

Po co więc taka dziwna decyzja? Źródło tego szaleństwa tkwi w istocie tego jaki jestem wewnątrz – jestem człowiekiem, który potrzebuje wyzwań, ekscytacji, zmian. Nie zadowalam się tym co życie mi przyniesie, sam chce kształtować swój los. Poza tym, najwyższa wartością dla mnie jest wolność. Wolność jaką rozumiem oprócz oczywistych skojarzeń, jako możliwość robienia tego co chce, w taki sposób w jaki ja chce, bez zobowiązań, bez zależności. Oczywiście jak wszyscy wiemy, prawdziwa wolność dostępna jest dopiero po śmierci, niestety nie jest wtedy ona nazbyt przydatna.

Jedyną przeszkodą jaka jeszcze w tej chwili dzieli mnie od pełnej wolności jest kredyt mieszkaniowy. Zaciągnąłem go na 10 lat. Nie jest to zbyt długi okres czasu w porównaniu do tego, na jak długo większość populacji zaciąga kredyty (20 – 30 lat). Fakt jest natomiast taki, że pętla na szyi w postaci kredytu zdecydowanie utrudnia ruchy. Skłania człowieka do poszukiwania stabilnych rozwiązań, pracy na etat w „korpo” i pilnowania by nie przegapić terminu raty.

Życie jest zbyt krótkie, żeby czekać przez 10, 20 czy 30 lat na to, żeby wreszcie zacząć z niego korzystać. Jestem w najlepszym jego okresie, głupio by było to zmarnować. Jednocześnie chce położyć fundament pod swoje przyszłe szczęście.

Wyjechałem więc, by przyspieszyć swoje uwolnienie i z zadowoleniem muszę przyznać, że prawdopodobnie do końca sierpnia albo i wcześniej uda mi się je osiągnąć.

Pobocznym celem mojej wyprawy było sprawdzenie ile tak naprawdę jestem wart. Czy przetrwam w środowisku gdzie nikogo nie znam? Czy odnajdę się w wielkiej korporacji? Czy nie oszaleje siedząc samemu w mieszkaniu po godzinach?

Moje alter ego podpowiada mi, że zdałem również i ten egzamin. Jednakże muszę z szczerością przyznać, że nie obyło się to bez ofiar. O ile aklimatyzacji w pracy przebiegła bez żadnych problemów – szybko zyskałem szacunek współpracowników i poprawiłem swój angielski, to moje życie prywatne praktycznie legło w gruzach. Gdy minęła początkowa ekscytacja z nowego miejsca, zwiedzanie miasta, kupowanie ciuchów, gadżetów i wizyty w restauracjach, pojawił się deficyt po stronie ludzkiej.

Zawsze myślałem o sobie, że jestem robotem, że mogę się pozbyć wszelkich uczuć i świetnie dam sobie radę. Wychodzi na to, że jednak tak nie jest. Nie da się być w 100% obojętnym, prędzej czy później, ludzki pierwiastek upomni się o swoje i to tym mocniej im bardziej próbowaliśmy być nieczuli.

Sytuacje próbowałem ratować szukając znajomości przez internet – portale randkowe, grupa kinomanów, imprezy firmowe. Muszę przyznać, że wszystkie te wymienione sposoby są świetne i dają szerokie możliwości poznawania ludzi. Jest tylko jedno małe „ale” – przyjaciół nie kupuje się na straganie.

Internet jest jednym wielkim targowiskiem, gdzie próbujemy wybierać sobie znajomych ze względu na naukowe kryteria – wiek, kolor oczu, ulubiona kuchnia etc, jednak tak to nie działa. Stosunki międzyludzkie to jest chemia. Ta chemia wynika ze wzajemnego zrozumienia. Nie da się jej sfabrykować, zmierzyć, przewidzieć. Szansa na to, że osoba poznana przez internet będzie dla nas kimś ważnym jest jedna na milion. Ku mojemu zdziwieniu poznałem kogoś takiego, pewną osobę z którą od razu poczułem chemię i udało mi się z nią spędzić niezapomniane chwile. Nie zastanawiam się nawet jak dalej się ta znajomość potoczy, ale wiem, że lepiej spędzić jeden dzień w euforii niż rok w zadowoleniu.

Nauczyłem się przez ten rok wiele o sobie. Dowiedziałem się na kogo mogę zawsze liczyć. Odkryłem, że moje miejsce jest w Polsce. Może tutaj i jest lepszy poziom życia i każdy wozi się Mercem, ale jednak tęsknie za naszą bananową republiką, za ułańską fantazją i słowiankami😉

Skoro już to wszystko wiem, to co dalej?

Plan jest bardzo prosty, w przyszłym roku zakładam firmę. Niedługo przeprowadzam się do Londynu by zdobyć trochę kapitału i pieniędzy. W przyszłe wakacje wracam do kraju. Nim jednak osiądę z powrotem, chciałem zainspirowany moim błyskotliwym kolegom Przemkiem Czaickim wyruszyć w podróż do Azji autostopem.

Jeżeli czytasz to i czujesz się piratem/piratkom (lol) i chciałbyś wyruszyć ze mną w tą wyprawę to daj znać. Kapitan (ja) prowadzi nabór do załogi, jest cały rok by wszystko przemyśleć. Zapraszam🙂

 

Polska vs UK – podsumowanie rocznego pobytu

Z okazji zbliżającej się rocznicy mojego pobytu w UK pozwoliłem sobie na małe porównanie obu krajów. Porównanie ma charakter materialny. Moje prywatne odczucia zamierzam przelać na bity w kolejnym poście.

1. Pogoda

Nieśmiertelny temat wszystkich rozmów o niczym, oraz pierwsza rzecz z jaką mamy styczność kiedy lądujemy w nowym miejscu. Jeżeli traktować ten tekst jako czyste porównanie, to pogoda w Polsce zdecydowanie wygrywa. Myliłby się jednak ktoś, kto by pomyślał, że UK to tylko deszcz i czarne chmury. Z mojego doświadczenia w Glasgow wynika, że jakkolwiek jesień i zima to praktycznie deszcz codziennie, to już późną wiosną i latem da się jakoś wytrzymać.

Maksymalna temperatura jaka tutaj przeżyłem to było chyba około 25 stopni ciepła. Oczywiście nijak się to ma do rekordów uzyskiwanych w naszym pięknym kraju, gdzie można przeżyć i nawet 40 stopni w ekstremalnych wypadkach.

Zimą temperatura nie spada raczej poniżej zera, -1 stopień to chyba najniższe co przeżyłem. Wszystko to jest zasługą morskiego prądu zatokowego (Golfstrom), który niesie ciepło aż z zatoki Meksykańskiej i czyni lokalny klimat bardziej znośnym.

Jeżeli jesteśmy już przy morzu, to warto zauważyć, że jakkolwiek Glasgow nie leży na wybrzeżu, to ma do niego stosunkowo blisko, co wiążę się niejednokrotnie z dość mocnymi wiatrami, szczególnie w zimie.

2. Architektura i przestrzeń miejska

Glasgow, jak wiele miast w Brytanii jest miastem postindustrialnym. W czasach rewolucji przemysłowej i aż do połowy XX w. w mieście kwitł przemysł stoczniowy ze względu na bliskość morza.

Gdy wytwarzanie statków przestało się już opłacać i ostatni dźwig stał się tylko zabytkiem, miasto zaczęło borykać się z ogromnym bezrobociem, co w konsekwencji doprowadziło do korozji tkanki miejskiej. Jest to podobna sytuacja jak w Łodzi – zniszczone i opuszczone kamienice, kiepski stan infrastruktury i osiedla socjalne.

Kolejnym stycznym punktem z Łodzią jest praktycznie kompletny brak zieleni w centrum miasta. Glasgow jest kolokwialnie mówiąc „zabetonowane”. Co prawda w mieście znajdują się zielone tereny rekreacyjne, jednakże nie jest to Kraków, gdzie drzewa rosną przy prawie każdej ulicy a rynek otaczają swojskie planty.

Glasgow nie jest jednak tak do końca szaro-burą pustynią betonu. W centrum jest sporo budynków, na które przyjemnie się patrzy. Można znaleźć nowoczesne biurowce, wiktoriańskie kamienice oraz gdzieniegdzie trochę gotyckich kościołów.

3. Ludzie

Populacja Glasgow to temat rzeka. Może na początek przytoczę trochę statystyk – umieralność na choroby związane z wątrobą jest w Glasgow i okolicach dwukrotnie większa niż średnia dla Wielkiej Brytanii. Wskaźnik otyłości jest jednym z najwyższych na świecie. Rezydenci Glasgow mają 30% większą szansę by umrzeć w młodym wieku ze względu na przedawkowanie narkotyków, alkoholu lub samobójstwo (http://www.bbc.co.uk/news/magazine-27309446).

Szczerze mówiąc, statystyki te mnie nie dziwią. Byłem kilka razy nocą na mieście w kilku pubach i klubach i mogę tylko potwierdzić, że tutejsza młodzież jak i osoby starsze (bo często się je spotyka „na mieście”) nie potrafi odpowiedzialnie korzystać z alkoholu. Widok zarówno 18 jak i 50 kilku letnich kobiet, które nie są w stanie utrzymać się na nogach i zalicza „glebę” co kilka metrów już mnie nie dziwi.

Chciałbym jednak podkreślić, że oczywiście nie wszyscy się tak zachowują, fakt jest jednak taki, że jako że robi to dużo osób, w oczywisty sposób rzutuje to na mój odbiór społeczeństwa.

Jeżeli chodzi o zachowanie w dzień, to ciężko jest mi cokolwiek komukolwiek zarzucić, nie spotkałem się osobiście jeszcze z żadnym chamskim albo niesympatycznym zachowaniem w stosunku do mojej osoby. Powiedziałbym, że ludzie są może nawet trochę bardziej życzliwi i wyrozumiali niż w Polsce.

Być może jest to efekt tego, że w mieście żyje wielu imigrantów. Jest oczywiście wielu Polaków, jednakże ciężko rozróżnić ich w tłumie. Najbardziej charakterystyczni oczywiście są przybysze z Indii i bliskiego wschodu. Pracuje z kilkoma z nich na co dzień nie mogę im nic zarzucić, może poza tym, że czasami ciężko mi jest ich zrozumieć.

4. Poziom życia

Gdy chcemy porównać Polskę i Wielką Brytanię pod kontem poziomu życia, musimy zdać sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, a jest nią siła waluty. Jak każdy pewnie wie, 1 funt brytyjski to około 5 złotych. Jest to duża różnica w wartości i bezpośrednio przekłada się to na ceny, szczególnie towarów importowanych.

Płaca minimalna w Polsce to około 1200 zł,  w UK około 800 funtów. Jak widać, nominalnie, nie jest to duża różnica, cały sekret tkwi w sile nabywczej pieniądza. Dla przykładu – auto w rodzaju Opla Corsy kosztuje w granicach 9 tys funtów. Wynika z tego, że w UK, roczna wypłata wystarcza na zakup takiego samochodu. W Polsce dla porównania będzie to około 4 lat. Podobnie jest z innymi dobrami importowanym jak np. ubraniami, kosmetykami czy perfumami. Rzeczy te są relatywnie tańsze w UK, pamiętam jeszcze moje zdziwienie, kiedy ostatnio zaopatrywałem się w Polsce w pastę do zębów i wydałem 12 zł, podczas gdy w Glasgow zwykłem płacić 1 funta.

Z bardziej przyziemnych rzeczy – artykuły spożywcze z wyjątkiem mięsa praktycznie te same ceny co w Polsce. Wynajem mieszkania jest oczywiście droższy, ale w stosunku do zarobków nie są to duże kwoty. Ja np. płacę około 500+ funtów za 50 metrowe mieszkanie. W Krakowie czynsz miesięczny zapewne oscylował by w granicach 2000 zł.

To by było chyba na tyle względem moich rocznych wrażeń. Osobiste podsumowanie roku tutaj w kolejnym poście🙂

Gdzie kończą się fakty a zaczynają dogmaty

Jestem pewien, że sami też się z tym spotkaliście – zaczynacie z kimś rozmawiać, rozmowa idzie całkiem miło i przyjemnie, nagle dochodzicie do tematu, nie koniecznie „poważnego” co do którego macie inne zdanie niż rozmówca.Może to być cokolwiek – ulubiony sklep mięsny, najlepszy system gospodarczy czy też optymalny czas snu.

Bardzo często zdarza się, że podczas przerabiania kontrowersyjnego tematu, każda ze stron podpiera się różnymi autorytetami i faktami, które potwierdzają jej tezę. Dyskusja oczywiście jest cały czas merytoryczna, aczkolwiek żadna ze stron nie daje się przekonać do zmiany zdania.

Dlaczego tak jest ?

Otóż niestety, każdy z nas jest ofiarą tworzenia dogmatów. Tez, w które święcie wierzy. Dzieje się tak dlatego, że każdy człowiek potrzebuje punktu odniesienia, czegoś co pasuje do jego wizji świata, co pozwala czuć mu się w tym świecie bezpiecznie.

Bardzo ciężko jest zmienić czyjeś dogmaty, tym bardziej trudno, że często osoba która w nie wierzy ma poparcie w faktach i własnych doświadczeniach. Jeżeli w coś święcie wierzymy, to wszędzie szukamy potwierdzenia naszej wiary.

Jeżeli wierzymy w wolny rynek, zawsze szczycimy się, jeżeli kolejny kraj dzięki jego zastosowaniu wyszedł z ubóstwa. Jeżeli wierzymy w socjalizm, to będziemy przytaczać przykłady jak to pomoc państwa i opieka społeczna wyciągnęła ludzi z biedy.

Oczywiście obie tezy nie są swoimi przeciwieństwami – tylko my je tak widzimy, ponieważ stały się naszymi dogmatami.

Gdy coś staje się dogmatem, zawsze musi mieć jakieś przeciwieństwo, jakąś opozycję. Większość religii posiada pojęcie dobra i zła, w przypadku świeckich dogmatów zasada jest taka sama – dobry jest nasz dogmat, dowolny inny jest zły.

Koniec końców oczywiście nasuwa się pytanie – jeżeli nie ma rzeczy prawdziwych i nieprawdziwych, to co jest punktem odniesienia ? Skąd mamy wiedzieć, czy coś jest dobre albo złe ?

Jest to trudne pytanie, aczkolwiek trafia w samo sedno problemu. Odpowiedź niestety nie jest zbyt satysfakcjonująca. Moim zdaniem, a w zasadzie powinienem powiedzieć – moim dogmatem w tym przypadku jest to, że nie ma dobra ani zła. Swoje teorie, trzeba po prostu dostosować do danej sytuacji, warto też słuchać ludzi, którzy wierzą w co innego.

Robocop

Zeszły piątek był dniem premiery re-make’u Robocopa. Wybrałem się na niego z grupą ludzi która dumnie nazywa się „Glasgow Cinema Interest Group” i można ją znaleźć na meetup.com .

Mimo, że zapisałem się do tej grupy zaraz po przybyciu do Szkocji, dopiero teraz, czyli pół roku później zdarzyło się, że wybrałem się na spotkanie. Po części z desperacji związanej brakiem okazji do socjalizacji, a po części dlatego, że chciałem obejrzeć Robocopa i termin mi pasował🙂.

Członkowie grupy, to całkiem sympatyczna i zróżnicowana zgraja, od faceta który jest nałogowym imprezowiczem, do Pani która pracuje w szkolnej bibliotece. W zasadzie udało mi się porozmawiać dłużej z dwoma osobami, z resztą niestety trochę przelotnie, złamałem więc podstawową zasadę networkingu – nie skupiać się na jednej osobie.

No ale dość z części towarzyskiej – czas na wrażenia z filmu:

Oryginał pamiętam z swoich szczenięcych lat, kiedy od czasu do czasu Polsat puszczał go na zmianę z Sędzią Dredem. Nie pamiętam z którego roku była pierwotna wersja, ale na oko patrząc po estetyce, to przełom lat 80/90 XX w. Ciekawą rzeczą która od razu wpada w oko, jeżeli oglądało się oba filmy jest to, jak zmienia się postrzeganie przyszłości w zależności od momentu w którym filmu powstawał.

Oryginalny Robocop miał bardzo surową estetykę i bardzo przypominał inne filmy z tego okresu jak np. Mad Maxa. Gadżety oczywiście były na miarę tamtych czasów. Nie przypominam sobie żadnych dotykowych ekranów, smartfonów ani innych tego typu rzeczy. Poza tym z tego co pamiętam, to fabuła tamtej części była bardziej skupiona na kwestii granicy między człowiekiem i maszyną, a główny bohater nie był do końca świadomy bycia człowiekiem, a jednak została w nim pewna „pierwotna” etyka.

Nowa wersja natomiast, koncentruje się bardziej na tym jak „robotyzacja” i automatyzacja może w niedalekiej perspektywie wpłynąć na nasze życie. Zwraca też uwagę na to jak wielkie korporacje, których ucieleśnieniem jest OmniCorp (omni – z łaciny „wszech”, chyba) wpływają na nasze życie, dotykając każdego jego elementu. Poczynając od wpływu na media i polityków, poprzez faktyczne uzależnienie obywateli od swoich produktów i zamknięcie ich w swoim ekosystemie.

Wracając jednak do samego filmu a w zasadzie do jego estetycznej części, można by odnieść wrażenie, że świat pokazany w Robocopie jest całkiem niedaleki – jakieś 10 lat w przyszłość. Wszystko jest tylko „lekko podrasowane” większość technologii, które są w filmie w powszechnym użyciu znajduję się w tej chwili w fazie przygotowania do produkcji jak np. przezroczyste ekrany. Ciekawą rzeczą jest, nie wiem czy to jest celowe działanie, że praktycznie wszystkie samochody, które pokazane są w filmie, można dzisiaj zobaczyć na ulicach, widziałem kilka Hond, Porsche Cayenne etc.

Podsumowując wrażenia po filmie – na pewno warto się na niego wybrać, ale nie po to żeby podziwiać gadżety i świat przyszłości, a raczej po to, żeby zastanowić się gdzie nasz świat zmierza. Gdzie zabiorą nas międzynarodowe korporacje i na ile pozwolimy się im zniewolić czy to pośrednio, czy bezpośrednio, stając się cyborgami.

Między 3D a D czyli o filmie „Bitwa warszawska 1920”.

Poniżej kolejna gościnna recenzja w wykonaniu mojej mamy:

Nie miałam tego filmu w planie,choć jako snobka powinnam obejrzeć film o którym się mówi.Ale ja nie lubię tego bogoojczyżnianego zadęcia i gdyby nie to,że dostałam wejsciówkę,to do kina bym nie poszła.

Nie byla tak całkiem żle,ale  dobrze tez nie. Reżyser Hoffman od lat opowiada nam tę sama historię – na motywach Sienkiewicza: my dobrzy zaatakowani przez siły zła, stajemy się w końcu Mesjaszem Europy; tym razem zli to Rosjanie z Leninem,Stalinem i Trockim a my na czele z Piłsudskim, w tle – romans. Akcja wartko sie toczy w hollywodzkim stylu, zdjęcia w 3D odciagają uwagę od mielizn scenariusza. Natasza Urbańska ,bardzo ładna zresztą i Borys Szyc są zupełnie w 2D czyli  mało co grają a raczej tylko są . Najlepsza rola to mefistofeliczny czekista Bykowski, grany przez mojego ulubionego aktora Adama Ferencego.

Żadnego motywu muzycznego nie spamiętałam czyli hitu nie ma! (1D).

Na koniec refleksja: dobrze ,ze tego filmu nie pokali w dzień ostatnich wyborów w telewizji-wynik wyborczy PiS byłby znacznie lepszy z uwagi na ducha tego dzieła.