Gdzie kończą się fakty a zaczynają dogmaty

Jestem pewien, że sami też się z tym spotkaliście – zaczynacie z kimś rozmawiać, rozmowa idzie całkiem miło i przyjemnie, nagle dochodzicie do tematu, nie koniecznie „poważnego” co do którego macie inne zdanie niż rozmówca.Może to być cokolwiek – ulubiony sklep mięsny, najlepszy system gospodarczy czy też optymalny czas snu.

Bardzo często zdarza się, że podczas przerabiania kontrowersyjnego tematu, każda ze stron podpiera się różnymi autorytetami i faktami, które potwierdzają jej tezę. Dyskusja oczywiście jest cały czas merytoryczna, aczkolwiek żadna ze stron nie daje się przekonać do zmiany zdania.

Dlaczego tak jest ?

Otóż niestety, każdy z nas jest ofiarą tworzenia dogmatów. Tez, w które święcie wierzy. Dzieje się tak dlatego, że każdy człowiek potrzebuje punktu odniesienia, czegoś co pasuje do jego wizji świata, co pozwala czuć mu się w tym świecie bezpiecznie.

Bardzo ciężko jest zmienić czyjeś dogmaty, tym bardziej trudno, że często osoba która w nie wierzy ma poparcie w faktach i własnych doświadczeniach. Jeżeli w coś święcie wierzymy, to wszędzie szukamy potwierdzenia naszej wiary.

Jeżeli wierzymy w wolny rynek, zawsze szczycimy się, jeżeli kolejny kraj dzięki jego zastosowaniu wyszedł z ubóstwa. Jeżeli wierzymy w socjalizm, to będziemy przytaczać przykłady jak to pomoc państwa i opieka społeczna wyciągnęła ludzi z biedy.

Oczywiście obie tezy nie są swoimi przeciwieństwami – tylko my je tak widzimy, ponieważ stały się naszymi dogmatami.

Gdy coś staje się dogmatem, zawsze musi mieć jakieś przeciwieństwo, jakąś opozycję. Większość religii posiada pojęcie dobra i zła, w przypadku świeckich dogmatów zasada jest taka sama – dobry jest nasz dogmat, dowolny inny jest zły.

Koniec końców oczywiście nasuwa się pytanie – jeżeli nie ma rzeczy prawdziwych i nieprawdziwych, to co jest punktem odniesienia ? Skąd mamy wiedzieć, czy coś jest dobre albo złe ?

Jest to trudne pytanie, aczkolwiek trafia w samo sedno problemu. Odpowiedź niestety nie jest zbyt satysfakcjonująca. Moim zdaniem, a w zasadzie powinienem powiedzieć – moim dogmatem w tym przypadku jest to, że nie ma dobra ani zła. Swoje teorie, trzeba po prostu dostosować do danej sytuacji, warto też słuchać ludzi, którzy wierzą w co innego.

Reklamy

Robocop

Zeszły piątek był dniem premiery re-make’u Robocopa. Wybrałem się na niego z grupą ludzi która dumnie nazywa się „Glasgow Cinema Interest Group” i można ją znaleźć na meetup.com .

Mimo, że zapisałem się do tej grupy zaraz po przybyciu do Szkocji, dopiero teraz, czyli pół roku później zdarzyło się, że wybrałem się na spotkanie. Po części z desperacji związanej brakiem okazji do socjalizacji, a po części dlatego, że chciałem obejrzeć Robocopa i termin mi pasował :).

Członkowie grupy, to całkiem sympatyczna i zróżnicowana zgraja, od faceta który jest nałogowym imprezowiczem, do Pani która pracuje w szkolnej bibliotece. W zasadzie udało mi się porozmawiać dłużej z dwoma osobami, z resztą niestety trochę przelotnie, złamałem więc podstawową zasadę networkingu – nie skupiać się na jednej osobie.

No ale dość z części towarzyskiej – czas na wrażenia z filmu:

Oryginał pamiętam z swoich szczenięcych lat, kiedy od czasu do czasu Polsat puszczał go na zmianę z Sędzią Dredem. Nie pamiętam z którego roku była pierwotna wersja, ale na oko patrząc po estetyce, to przełom lat 80/90 XX w. Ciekawą rzeczą która od razu wpada w oko, jeżeli oglądało się oba filmy jest to, jak zmienia się postrzeganie przyszłości w zależności od momentu w którym filmu powstawał.

Oryginalny Robocop miał bardzo surową estetykę i bardzo przypominał inne filmy z tego okresu jak np. Mad Maxa. Gadżety oczywiście były na miarę tamtych czasów. Nie przypominam sobie żadnych dotykowych ekranów, smartfonów ani innych tego typu rzeczy. Poza tym z tego co pamiętam, to fabuła tamtej części była bardziej skupiona na kwestii granicy między człowiekiem i maszyną, a główny bohater nie był do końca świadomy bycia człowiekiem, a jednak została w nim pewna „pierwotna” etyka.

Nowa wersja natomiast, koncentruje się bardziej na tym jak „robotyzacja” i automatyzacja może w niedalekiej perspektywie wpłynąć na nasze życie. Zwraca też uwagę na to jak wielkie korporacje, których ucieleśnieniem jest OmniCorp (omni – z łaciny „wszech”, chyba) wpływają na nasze życie, dotykając każdego jego elementu. Poczynając od wpływu na media i polityków, poprzez faktyczne uzależnienie obywateli od swoich produktów i zamknięcie ich w swoim ekosystemie.

Wracając jednak do samego filmu a w zasadzie do jego estetycznej części, można by odnieść wrażenie, że świat pokazany w Robocopie jest całkiem niedaleki – jakieś 10 lat w przyszłość. Wszystko jest tylko „lekko podrasowane” większość technologii, które są w filmie w powszechnym użyciu znajduję się w tej chwili w fazie przygotowania do produkcji jak np. przezroczyste ekrany. Ciekawą rzeczą jest, nie wiem czy to jest celowe działanie, że praktycznie wszystkie samochody, które pokazane są w filmie, można dzisiaj zobaczyć na ulicach, widziałem kilka Hond, Porsche Cayenne etc.

Podsumowując wrażenia po filmie – na pewno warto się na niego wybrać, ale nie po to żeby podziwiać gadżety i świat przyszłości, a raczej po to, żeby zastanowić się gdzie nasz świat zmierza. Gdzie zabiorą nas międzynarodowe korporacje i na ile pozwolimy się im zniewolić czy to pośrednio, czy bezpośrednio, stając się cyborgami.