Rok w UK z perspektywy osobistej

Rok temu podjąłem decyzje, która prawdopodobnie na zawsze zmieniła mnie i moje życie – postanowiłem, że spróbuje szczęścia za granicą. Z perspektywy czasu uważam, że była to dobra decyzja. Oczywiście wszystko ma plusy i minusy, ale do tego przejdę potem.

Co mnie zmotywowało do podjęcia takiego kroku ? Z perspektywy kogoś kto zna moją sytuację można by było pomyśleć, że nie potrzebowałem wyjeżdżać. Miałem dobrą pracę , nowe mieszkanie z ratą na akceptowalnym poziomie, znajomych i dobrych przyjaciół obok mnie.

Po co więc taka dziwna decyzja? Źródło tego szaleństwa tkwi w istocie tego jaki jestem wewnątrz – jestem człowiekiem, który potrzebuje wyzwań, ekscytacji, zmian. Nie zadowalam się tym co życie mi przyniesie, sam chce kształtować swój los. Poza tym, najwyższa wartością dla mnie jest wolność. Wolność jaką rozumiem oprócz oczywistych skojarzeń, jako możliwość robienia tego co chce, w taki sposób w jaki ja chce, bez zobowiązań, bez zależności. Oczywiście jak wszyscy wiemy, prawdziwa wolność dostępna jest dopiero po śmierci, niestety nie jest wtedy ona nazbyt przydatna.

Jedyną przeszkodą jaka jeszcze w tej chwili dzieli mnie od pełnej wolności jest kredyt mieszkaniowy. Zaciągnąłem go na 10 lat. Nie jest to zbyt długi okres czasu w porównaniu do tego, na jak długo większość populacji zaciąga kredyty (20 – 30 lat). Fakt jest natomiast taki, że pętla na szyi w postaci kredytu zdecydowanie utrudnia ruchy. Skłania człowieka do poszukiwania stabilnych rozwiązań, pracy na etat w „korpo” i pilnowania by nie przegapić terminu raty.

Życie jest zbyt krótkie, żeby czekać przez 10, 20 czy 30 lat na to, żeby wreszcie zacząć z niego korzystać. Jestem w najlepszym jego okresie, głupio by było to zmarnować. Jednocześnie chce położyć fundament pod swoje przyszłe szczęście.

Wyjechałem więc, by przyspieszyć swoje uwolnienie i z zadowoleniem muszę przyznać, że prawdopodobnie do końca sierpnia albo i wcześniej uda mi się je osiągnąć.

Pobocznym celem mojej wyprawy było sprawdzenie ile tak naprawdę jestem wart. Czy przetrwam w środowisku gdzie nikogo nie znam? Czy odnajdę się w wielkiej korporacji? Czy nie oszaleje siedząc samemu w mieszkaniu po godzinach?

Moje alter ego podpowiada mi, że zdałem również i ten egzamin. Jednakże muszę z szczerością przyznać, że nie obyło się to bez ofiar. O ile aklimatyzacji w pracy przebiegła bez żadnych problemów – szybko zyskałem szacunek współpracowników i poprawiłem swój angielski, to moje życie prywatne praktycznie legło w gruzach. Gdy minęła początkowa ekscytacja z nowego miejsca, zwiedzanie miasta, kupowanie ciuchów, gadżetów i wizyty w restauracjach, pojawił się deficyt po stronie ludzkiej.

Zawsze myślałem o sobie, że jestem robotem, że mogę się pozbyć wszelkich uczuć i świetnie dam sobie radę. Wychodzi na to, że jednak tak nie jest. Nie da się być w 100% obojętnym, prędzej czy później, ludzki pierwiastek upomni się o swoje i to tym mocniej im bardziej próbowaliśmy być nieczuli.

Sytuacje próbowałem ratować szukając znajomości przez internet – portale randkowe, grupa kinomanów, imprezy firmowe. Muszę przyznać, że wszystkie te wymienione sposoby są świetne i dają szerokie możliwości poznawania ludzi. Jest tylko jedno małe „ale” – przyjaciół nie kupuje się na straganie.

Internet jest jednym wielkim targowiskiem, gdzie próbujemy wybierać sobie znajomych ze względu na naukowe kryteria – wiek, kolor oczu, ulubiona kuchnia etc, jednak tak to nie działa. Stosunki międzyludzkie to jest chemia. Ta chemia wynika ze wzajemnego zrozumienia. Nie da się jej sfabrykować, zmierzyć, przewidzieć. Szansa na to, że osoba poznana przez internet będzie dla nas kimś ważnym jest jedna na milion. Ku mojemu zdziwieniu poznałem kogoś takiego, pewną osobę z którą od razu poczułem chemię i udało mi się z nią spędzić niezapomniane chwile. Nie zastanawiam się nawet jak dalej się ta znajomość potoczy, ale wiem, że lepiej spędzić jeden dzień w euforii niż rok w zadowoleniu.

Nauczyłem się przez ten rok wiele o sobie. Dowiedziałem się na kogo mogę zawsze liczyć. Odkryłem, że moje miejsce jest w Polsce. Może tutaj i jest lepszy poziom życia i każdy wozi się Mercem, ale jednak tęsknie za naszą bananową republiką, za ułańską fantazją i słowiankami 😉

Skoro już to wszystko wiem, to co dalej?

Plan jest bardzo prosty, w przyszłym roku zakładam firmę. Niedługo przeprowadzam się do Londynu by zdobyć trochę kapitału i pieniędzy. W przyszłe wakacje wracam do kraju. Nim jednak osiądę z powrotem, chciałem zainspirowany moim błyskotliwym kolegom Przemkiem Czaickim wyruszyć w podróż do Azji autostopem.

Jeżeli czytasz to i czujesz się piratem/piratkom (lol) i chciałbyś wyruszyć ze mną w tą wyprawę to daj znać. Kapitan (ja) prowadzi nabór do załogi, jest cały rok by wszystko przemyśleć. Zapraszam 🙂

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rok w UK z perspektywy osobistej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s