Recenzja: Transformers, Age of Extinction

Lubię chodzić na „blockbustery”. Lekkie, pełne akcji, niewymagające myślenia filmy, idealne na relaks po ciężkim tygodniu w pracy. Jeszcze lepiej, kiedy są w nich elementy fantastyczne, co zwykle gwarantuje dobrą zabawę i dobre wrażenia wizualne.

Tym razem, wybrałem się na Transformersów. Oglądałem wszystkie poprzednie części, z których najbardziej zapadły mi w pamięć te z Megan Fox (ciekawe dlaczego :P).

Wartka akcja, dużo wybuchów, patetyczny amerykański patriotyzm i wielkie roboty, które zmieniają się w razie potrzeby w najnowsze modele sportowych aut – to znaki firmowe całej serii. Tak również było tym razem, aczkolwiek widać, że chyba reżyser się rozwija, bo dodał kilka dodatkowych elementów do swojego warsztatu, ale po kolei.

Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to niemiłosiernie długi czas jaki upływa, zanim nastąpi zawiązanie fabuły. Nie wiem co reżyser chciał przez to osiągnąć, domyślam się, że może chodziło o wprowadzenie dodatkowych wątków, aczkolwiek żadnych nie zarejestrowałem, można więc stwierdzić, że zabieg był nieudany.

Kolejna rzecz (tym razem w miarę pozytywna), to szczypta autoironii w scenie z opuszczonym kinem w postaci tekstu o robieniu remake’ów i sequeli.

Kolejna rzecz (tym razem bardzo pozytywna) to wybranie na główną żeńską postać pani Nicoli Peltz. Śmiem twierdzić, że pod względem seksapilu dorównuje Megan 😉

Skoro jesteśmy już przy obsadzie, to jakkolwiek lubię Marka Wahlberga, to przyznam szczerze, że wybranie go do roli wynalazcy-desperata-samotnego ojca było kompletną porażką. Mark wyglądał bardziej jak facet Nicoli a nie jak jej ojciec. Ich dialogi brzmiały bardziej jak rozmowy kochanków w kryzysie niż ojca i córki.

Z pozostałej obsady, swoje role świetnie zagrały: Lamborghini Aventador, Chevrolet Corvette i Pagani Huayra.

Całą resztę filmu wypełniły miliony, jeżeli nie miliardy wybuchów i eksplozji. Część eksplozji wydarzyła się w USA, część w Chinach, gdzie zobaczymy również piękne krajobrazy – przy okazji niszczenia ich przez eksplozje.

Generalnie można powiedzieć, że głównym przesłaniem filmu są eksplozje – 99%, z dodatkiem fajnych samochodów – 0,5% i pięknych kobiet – 3 sztuki. Dodam jeszcze, że przez 10 minut na ekranie pokazują się Dinoboty (jeżeli by to kogokolwiek obchodziło).

Czy warto iść na ten film? Z dziewczyną na pewno nie. Z kolegami pewnie po kilku jointach będzie zabawnie. Przed snem jak najbardziej polecam, dawno tak dobrze nie nastroiłem się na nocny odpoczynek.

Reklamy

Londyn – into the darkness

Po pierwsze gwoli wyjaśnienia – dlaczego „into the darkness”? Są dwa powody, pierwszy, bo lubię odwołania filmowe, drugi, że „w ciemność” to taki krok w nieznane. Nieznane dlatego, że rzeczone miasto było mi zupełnie obce, a jego wielkość czyni je przytłaczającym. Spodziewałem się więc dużo różnych przygód, lecz ku mojemu zaskoczeniu nie było ich wiele.

Do Londynu przyjechałem na rozmowy z potencjalnymi pracodawcami. Generalnie byłem gotowy – 7 lat doświadczenia w branży, nowy garnitur i koszula, odpowiednia ilość perfum na wypadek, gdyby przesłuchującym była kobieta.

Na pierwszą rozmowę trafiłem wyjątkowo bezproblemowo, zawczasu przygotowana rozpiska połączeń zdała egzamin. Firma potencjalnego pracodawcy nr. 1 – dużego funduszu inwestycyjnego, powitała mnie nowoczesnym designem budynku. Piaskowiec połączony z dużymi szklanymi powierzchniami robił wrażenie solidności i przestrzeni.

Wnętrze budynku wprowadzało atmosferę spokoju. Jasne płytki na podłodze, drewno i aluminium na ścianach. Recepcjonistki które idealnie komponowały się z elementami wyposażenia. Czarne uniformy, schludnie upięte włosy, profesjonalny uśmiech, Londyński akcent.

Krótka wymiana zdań, karta gościa, ochrona otwiera bramkę, winda na 12 piętro. Przybywam, rozglądam się, totalna cisza. Na kolejnej recepcji zostaje skierowany do pokoju konferencyjnego.

Drewniany stół, 8 skórzanych foteli, telefon Cisco na stole. Pojemnik z herbatami posegregowanymi po smaku. Trzy filiżanki, trzy szklanki, termos z kawą, termos z gorącą wodą, ciasteczka, dwie butelki z wodą. Wszystko dopasowane, wszystko idealne.

Czekam 10 minut. Wchodzi dwóch panów. Wstaje, szeroki uśmiech na powitanie, szybki żart na dobre wrażenie. Pan A – typowy inżynier, ale schludnie ubrany. Pan B – menadżer pełną gębą, świetnie dobrany garnitur, uśmiech jak Wilk z Wall Street.

Dyskusja dość luźna, nie mam oporów przed użyciem lekko sarkastycznego humoru. Jest chemia. Wy jesteście wilkami, ale ja jestem lwem. Wzajemny szacunek. Godzina mija, wszyscy zadowoleni.

Czekam na kolejną rundę przesłuchań. Wrzucam kolejne dwie tabletki ibupromu, ząb boli jak cholera. Pół godziny, jest dobrze, jestem gotowy.

Kolejna runda podobnie. Dwa piętra wyżej, widok na miasto. Żałuje, że nie zrobiłem zdjęć. Interviewer, były pracownik mojego aktualnego pracodawcy. Dobry kontakt, rozmawiamy trochę o firmie. Odprowadza mnie do recepcji. Pewny uścisk dłoni. Pierwsza bitwa wygrana.

Wiem, że jestem spóźniony. Biegnę do metra. Sprawdzam notatki, przesiadam się. Jestem prawie u celu. GPS się gubi, błądzę chwilę. W końcu trafiam.

Nie zbyt duży, przeszklony biurowiec. Jakby schowany. Z dala od City. Wchodzę na recepcję, sekretarka wpada mi w oko. Szybka wymiana zdań, czekam na interviewera. Wchodzę, mam rozwiązać godzinny test. Znam odpowiedź na połowę pytań, z resztą kombinuje. Nie chcę używać internetu w telefonie. Jeżeli nie przejdę, widocznie przeznaczenie ma na myśli coś innego. Firma ogólnie się mi nie podoba, nie czuje chemii, to chyba nie moje miejsce.

Godzina mija, oddaje test. Po 15 minutach poprawiony. Nie przechodzę, żegnam się. Pora zjeść.

Dwie sałatki ze sklepu i woda kokosowa. Przed jedzeniem dwa ibupromy. Czas kierować się do ostatniego miejsca.

Dwie przesiadki, wychodzę w Canary Wharf – jedyne miejsce, które dotąd tu znałem. Idę do FIRMY, anonsuje się na recepcji. Mój interlokutor przybywa, przechodzę przez bramki, winda 18 piętro.

Sympatyczny facet, od razu go lubię. Robię sobie herbatę w kuchni. Idziemy rozmawiać, po raz kolejny świetny widok przez okno, znowu nie zrobiłem zdjęć.

Rozmowa idzie idealnie, przedstawiam mu swoją wizję, jest wyraźnie zainteresowany. Mija godzina, wychodzę z budynku.

Czekam na Gosię, idę się napić czegoś zimnego. Nie ma tylu ludzi co kiedyś. Czekam pół godziny. Spotykamy się na głównym placu, idziemy coś zjeść. Zamawiam kurczaka w bekonie i frytki – 2 razy. Ona minestrone. Siedzimy i rozmawiamy o życiu i o starych czasach.

Na chwilę przyjeżdża jej facet, sympatyczny gościu, poczciwy, Kanadyjczyk. Krótka rozmowa, on jedzie do domu. My zostajemy jeszcze chwilę. Kolejne dwa ibupromy.

Jest 21, jedziemy zobaczyć miasto nocą, jest pięknie, kilka zdjęć. Czuję się zmęczony, ząb ciągle zakłóca przebieg myśli, mimo, że jest znieczulony.

Godzina 23, jesteśmy u niej w mieszkaniu. Po drodze kupuję wodę. Prysznic, ścieli mi łóżko. Idę spać.

Rano budzi mnie hałas pociągu, ogarniam się trochę, leżę w łóżku. Kolejne dwa ibupromy. Gosia wstaje, jemy śniadanie, biorę prysznic. Jak zwykle świetnie się rozmawia.

Idziemy zwiedzać miasto, zaliczamy kolejne spoty. W Zarze doradza mi co kupić. Szorty w paski, japonki i różowa koszulka – idealny outfit na gorącą pogodę. W końcu przysiadamy na lunch. Ja biorę steka, ona sałatkę. Jemy rozkoszując się ciepłem słońca.

Kolejne dwa ibupromy.

Ona idzie do teatru z facetem. Ja zwiedzam sam. Spacer wzdłuż rzeki do galerii sztuki nowoczesnej. Szybkie zwiedzanie. Oni skończyli, umawiamy się w jej mieszkaniu. Idziemy na grilla.

Na grillu prawie sami Polacy, rozmawiamy to po Polsku to po Angielsku, by inni zrozumieli. Jedzenie jest świetne, gospodyni jest w ciągłym ruchu, chce z każdym porozmawiać.

Zaczyna się mecz, telewizor ustawiony jest w oknie, każdy zerka od czasu do czasu. Brazylia nie istnieje. Trzecie miejsce dla Holandii.

Towarzystwo jest coraz bardziej pijane, ale wszyscy są wyczilowani. Nikt się nie upodlił, jest pełna kultura. Czas na nas, zbieramy się. Pół godzinny marsz do domu, ząb nie daje spokoju, kolejne dwa ibupromy. Dopiero po pól godziny proszki działają.

Następnego dnia budzę się wyjątkowo wyspany. Świetnie się bawiłem przez te dwa dni. Pora wracać. Rozstajemy się przy wyjściu.

Trochę żałuje, że już muszę lecieć do Glasgow. Wiem jednak, że niedługo tu wrócę – w poniedziałek dowiaduje się, że jeden z pracodawców jest zainteresowany.

Lew wraca na swoje miejsce – do dżungli.

Londyn – wrażenia

W ostatni weekend miałem przyjemność odwiedzić stolicę Wielkiej Brytanii po raz drugi. Pierwszy raz był wizytą służbową w Londynie i nie udało się mi zobaczyć zbyt wiele miasta poza siedziba mojego pracodawcy w Canary Wharf.

Ten wyjazd również posiadał cele biznesowe w postaci kilku rozmów kwalifikacyjnych. Moje alter-ego podpowiada mi jednak, że tak naprawdę chciałem zobaczyć miasto i spotkać się ze znajomymi.

Osobistymi przeżyciami zajmiemy się jednak później. Tymczasem czas wziąć Londyn pod tomograf i zobaczyć co jest w środku.

Pierwszy kontakt z miastem nastąpił na lotnisku, które nota bene w Londynie się nie znajduje, mowa o lotnisku w Gatwick, które położone jest około 40 km na południe od miasta. Lotnisko jest ogromne, ma dwa terminale i jest utrzymane w stylu „aluminium, beton, szkło”. Ciekawym elementem tego kompleksu jest tzw. shuttle, czyli automatyczna kolej kursująca między terminalem północnym i południowym.

Do miasta można dostać się tylko z terminala południowego, który był zbudowany wcześniej i posiada bezpośrednie połączenie kolejowe z Londynem. Podróż pociągiem jest najszybszym sposobem dostania się do stolicy, do wyboru mamy Gatwick Express i zwykłą kolej. Różnica między nimi jest taka, że pierwsza opcja jest droższa (34,99 w dwie strony) i ma stały czas przejazdu około 30 minut (nie zatrzymuje się na pośrednich przystankach), natomiast w drugim przypadku jedziemy od 30 do 50 minut i płacimy połowę z tego. Ja byłem w dość dużym pośpiechu ze względu na terminy, wybrałem więc Express. Była to trafiona decyzja, bo razem ze wszystkimi przesiadkami w metrze i błądzeniem z GPS-em, udało mi się zdążyć na 5 minut przez umówioną godziną 🙂

Jeżeli już przy metrze jesteśmy, to powiem tylko tyle, że bez wcześniejszego przygotowania sobie przesiadek i tras na Google Maps był bym bezradny. Sieć metra w Londynie jest ogromna, czemu trudno się dziwić skoro pamięta jeszcze początku XX w. i od tego czasu było konsekwentnie rozbudowane. Samo metro, zwane przez lokalsów „the tube” działa dość sprawnie. Pociągi kursują często i o ile nie ma żadnych strajków, wszystko działa w najlepszym porządku. Same stacje metra nie wyglądają zbyt nowocześnie, może poza linią „Jubilee”. Generalnie są brudne, dość klaustrofobiczne i osobiście kojarzą mi się z wnętrzami z jednej z części „Piły”.

Do poruszania się po ścisłym centrum i okolicach wystarczy zaopatrzyć się w dzienny bilet na strefy 1-2, który o ile macie kartę „Oyster” (taka lokalna Krakowska Karta Miejska, 5 funtów za sztukę) wyniesie was około 7 funtów.

Tak jak już wspominałem, żeby sprawnie korzystać z metra najlepiej wypisać sobie wcześniej wszystkie przystanki przesiadkowe i nazwy tras w okolicy punktów docelowych. Bez tego, spędzicie godziny gapiąc się w mapę tras i próbując znaleźć interesujące was miejsca.

Miejsc do zobaczenia jest sporo. Zaczynając od National Gallery, Big Bena, Pałacu Buckingham, przez Tate’s Modern Art Gallery do Leicester Square czy bulwarów nad Tamizą. Londyn posiada szeroką ofertę dla turystów. Co przy okazji przekłada się na dzikie tłumy obecne na ulicach chyba przez całe lato. Mówiąc dzikie tłumy mam na myśli korki na chodnikach i ludzi przelewających się wprost przez ulicę. Widząc to, szczerze współczuje mieszkańcom miasta, którzy śpiesząc się w swoich sprawach muszą przebijać się przez ten tłok.

Warto podkreślić, że wiele wartych zobaczenia obiektów w mieście jest dostępna za darmo lub za niewielką opłatą. Mnie udało się zajrzeć do National Gallery, gdzie byłem pod ogromnym wrażeniem bogactwa i jakości zgromadzonej kolekcji. Przewinąłem się też w okolicach pałacu Buckingham, gdzie spory tłum czekał ze zniecierpliwieniem na zmianę warty honorowej.

Ostatnim przystankiem dnia była Tate’s Gallery of Modern Art, którą nie byłem jakoś szczególnie zachwycony. Trafiłem na moment, w którym wystawiana była kolekcja Henry’iego Matissa z okresu jego późnej twórczości. Obrazy stworzone z wycinanych kawałków kolorowego papieru, niektóre całkiem pokaźne (5×7 metrów). Nie trafiła zbytnio w mój gust. Ta przyjemność kosztowała mnie 18 funtów.

Kiedy już zwiedzicie wszystkie klasyczne atrakcje, warto wtopić się trochę w miasto. W Londynie jest dość sporo parków, gdzie można wypożyczyć sobie leżaki za niewielką opłata (1,6 funta za godzinę).

Nad Tamizą w Southbanks jest sporo dobrze wyglądającego street foodu (nie jadłem) a dla maniaków obijania sobie piszczeli – słynna miejscówka deskorolkowa (nie jeździłem :/).

Na zakupy warto wybrać się do Covent Garden, gdzie można zjeść, ubrać się i wypić w urokliwym otoczeniu.

Jeżeli macie ochotę na kino, to Leicester Square posiada kila kin zgromadzonych w jednym miejscu, zarówno multipleksów jak i kin alternatywnych. W okolicy serwują też dobre steki z frytkami (20 funtów).

Poza wszystkimi materialnym przyjemnościami, warto zwrócić uwagę, że w tym mieście ciągle coś się dzieje. Każdy znajdzie coś dla siebie – możemy dołączyć do demonstracji solidarności z narodem palestyńskim, tańczyć nad rzeką breakdance z lokalną ekipą lub uczestniczyć w publicznych zajęciach jogi. W takim miejscu nie ma możliwości się nudzić.

Gdybym miał porównać Londyn do jakiegoś Polskiego miasta, z pewnością był by to Kraków. Widać dużo podobieństw między oboma miejscami i świadomie czy nie, miasto królów Polskich podąża ścieżka wytyczoną przez stolicę Wielkiej Brytanii. Kraków nie jest oczywiście taki kosmopolityczny jak Londyn, ale jeżeli chodzi o ofertę kulturalną, kulinarną czy rynek pracy, myślę, że sytuacja jest dość podobna.

Oczywiście Kraków przebija Londyn pod względem ilości pięknych kobiet, ale to już niedługo może się zmienić, kiedy kolejny milion Polaków wyemigruje do UK 😉

Podsumowując, była to bardzo udana wizyta i już się nie mogę doczekać, kiedy przeprowadzę się tam na dłuższy czas – zajęcia jogi czekają :p.

Couchsurfing – pierwsze wrażenia

Trochę z nudy a trochę z ciekawości wpadłem na pomysł aby zaangażować się w ruch coachsurfingowy. Jeżeli nie jesteście obeznani z tym terminem, to idea jest bardzo prosta – udostępniasz swoją kanapę (dostarczasz nocleg) ludziom za darmo. W rewanżu oni robią to samo dla Ciebie. Centrum tego całego ruchu jest strona couchsurfing.org

Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że ludzie którzy szukają noclegu to głównie studenci, którzy podczas wakacji podróżują po świecie. Z oczywistych powodów nie mają dużo pieniędzy, a te które mają przeznaczają głównie na jedzenie i transport.

Tym sposobem, kilka dni po tym, jak zarejestrowałem się na tym portalu skontaktowały się ze mną dwie Francuzki. Clair i Mane okazały się przemiłymi osobami, do tego stopnia, że pochwaliły nóżki z kurczaka, które dla nich upiekłem na kolacje. Miały też uroczy francuski akcent. Oprowadziłem je po mieście, zaliczyliśmy wszystkie najważniejsze turystyczne spoty. Kolejnego dnia rano zjadły śniadanie i wyjechały.

Na kolejny weekend zaplanowaną mam wizytę gości ze słonecznej Italii. Mam nadzieję, że będą chcieli zwiedzać coś innego. Poza tym zapowiada się kolejny ciekawy weekend 🙂