Londyn – into the darkness

Po pierwsze gwoli wyjaśnienia – dlaczego „into the darkness”? Są dwa powody, pierwszy, bo lubię odwołania filmowe, drugi, że „w ciemność” to taki krok w nieznane. Nieznane dlatego, że rzeczone miasto było mi zupełnie obce, a jego wielkość czyni je przytłaczającym. Spodziewałem się więc dużo różnych przygód, lecz ku mojemu zaskoczeniu nie było ich wiele.

Do Londynu przyjechałem na rozmowy z potencjalnymi pracodawcami. Generalnie byłem gotowy – 7 lat doświadczenia w branży, nowy garnitur i koszula, odpowiednia ilość perfum na wypadek, gdyby przesłuchującym była kobieta.

Na pierwszą rozmowę trafiłem wyjątkowo bezproblemowo, zawczasu przygotowana rozpiska połączeń zdała egzamin. Firma potencjalnego pracodawcy nr. 1 – dużego funduszu inwestycyjnego, powitała mnie nowoczesnym designem budynku. Piaskowiec połączony z dużymi szklanymi powierzchniami robił wrażenie solidności i przestrzeni.

Wnętrze budynku wprowadzało atmosferę spokoju. Jasne płytki na podłodze, drewno i aluminium na ścianach. Recepcjonistki które idealnie komponowały się z elementami wyposażenia. Czarne uniformy, schludnie upięte włosy, profesjonalny uśmiech, Londyński akcent.

Krótka wymiana zdań, karta gościa, ochrona otwiera bramkę, winda na 12 piętro. Przybywam, rozglądam się, totalna cisza. Na kolejnej recepcji zostaje skierowany do pokoju konferencyjnego.

Drewniany stół, 8 skórzanych foteli, telefon Cisco na stole. Pojemnik z herbatami posegregowanymi po smaku. Trzy filiżanki, trzy szklanki, termos z kawą, termos z gorącą wodą, ciasteczka, dwie butelki z wodą. Wszystko dopasowane, wszystko idealne.

Czekam 10 minut. Wchodzi dwóch panów. Wstaje, szeroki uśmiech na powitanie, szybki żart na dobre wrażenie. Pan A – typowy inżynier, ale schludnie ubrany. Pan B – menadżer pełną gębą, świetnie dobrany garnitur, uśmiech jak Wilk z Wall Street.

Dyskusja dość luźna, nie mam oporów przed użyciem lekko sarkastycznego humoru. Jest chemia. Wy jesteście wilkami, ale ja jestem lwem. Wzajemny szacunek. Godzina mija, wszyscy zadowoleni.

Czekam na kolejną rundę przesłuchań. Wrzucam kolejne dwie tabletki ibupromu, ząb boli jak cholera. Pół godziny, jest dobrze, jestem gotowy.

Kolejna runda podobnie. Dwa piętra wyżej, widok na miasto. Żałuje, że nie zrobiłem zdjęć. Interviewer, były pracownik mojego aktualnego pracodawcy. Dobry kontakt, rozmawiamy trochę o firmie. Odprowadza mnie do recepcji. Pewny uścisk dłoni. Pierwsza bitwa wygrana.

Wiem, że jestem spóźniony. Biegnę do metra. Sprawdzam notatki, przesiadam się. Jestem prawie u celu. GPS się gubi, błądzę chwilę. W końcu trafiam.

Nie zbyt duży, przeszklony biurowiec. Jakby schowany. Z dala od City. Wchodzę na recepcję, sekretarka wpada mi w oko. Szybka wymiana zdań, czekam na interviewera. Wchodzę, mam rozwiązać godzinny test. Znam odpowiedź na połowę pytań, z resztą kombinuje. Nie chcę używać internetu w telefonie. Jeżeli nie przejdę, widocznie przeznaczenie ma na myśli coś innego. Firma ogólnie się mi nie podoba, nie czuje chemii, to chyba nie moje miejsce.

Godzina mija, oddaje test. Po 15 minutach poprawiony. Nie przechodzę, żegnam się. Pora zjeść.

Dwie sałatki ze sklepu i woda kokosowa. Przed jedzeniem dwa ibupromy. Czas kierować się do ostatniego miejsca.

Dwie przesiadki, wychodzę w Canary Wharf – jedyne miejsce, które dotąd tu znałem. Idę do FIRMY, anonsuje się na recepcji. Mój interlokutor przybywa, przechodzę przez bramki, winda 18 piętro.

Sympatyczny facet, od razu go lubię. Robię sobie herbatę w kuchni. Idziemy rozmawiać, po raz kolejny świetny widok przez okno, znowu nie zrobiłem zdjęć.

Rozmowa idzie idealnie, przedstawiam mu swoją wizję, jest wyraźnie zainteresowany. Mija godzina, wychodzę z budynku.

Czekam na Gosię, idę się napić czegoś zimnego. Nie ma tylu ludzi co kiedyś. Czekam pół godziny. Spotykamy się na głównym placu, idziemy coś zjeść. Zamawiam kurczaka w bekonie i frytki – 2 razy. Ona minestrone. Siedzimy i rozmawiamy o życiu i o starych czasach.

Na chwilę przyjeżdża jej facet, sympatyczny gościu, poczciwy, Kanadyjczyk. Krótka rozmowa, on jedzie do domu. My zostajemy jeszcze chwilę. Kolejne dwa ibupromy.

Jest 21, jedziemy zobaczyć miasto nocą, jest pięknie, kilka zdjęć. Czuję się zmęczony, ząb ciągle zakłóca przebieg myśli, mimo, że jest znieczulony.

Godzina 23, jesteśmy u niej w mieszkaniu. Po drodze kupuję wodę. Prysznic, ścieli mi łóżko. Idę spać.

Rano budzi mnie hałas pociągu, ogarniam się trochę, leżę w łóżku. Kolejne dwa ibupromy. Gosia wstaje, jemy śniadanie, biorę prysznic. Jak zwykle świetnie się rozmawia.

Idziemy zwiedzać miasto, zaliczamy kolejne spoty. W Zarze doradza mi co kupić. Szorty w paski, japonki i różowa koszulka – idealny outfit na gorącą pogodę. W końcu przysiadamy na lunch. Ja biorę steka, ona sałatkę. Jemy rozkoszując się ciepłem słońca.

Kolejne dwa ibupromy.

Ona idzie do teatru z facetem. Ja zwiedzam sam. Spacer wzdłuż rzeki do galerii sztuki nowoczesnej. Szybkie zwiedzanie. Oni skończyli, umawiamy się w jej mieszkaniu. Idziemy na grilla.

Na grillu prawie sami Polacy, rozmawiamy to po Polsku to po Angielsku, by inni zrozumieli. Jedzenie jest świetne, gospodyni jest w ciągłym ruchu, chce z każdym porozmawiać.

Zaczyna się mecz, telewizor ustawiony jest w oknie, każdy zerka od czasu do czasu. Brazylia nie istnieje. Trzecie miejsce dla Holandii.

Towarzystwo jest coraz bardziej pijane, ale wszyscy są wyczilowani. Nikt się nie upodlił, jest pełna kultura. Czas na nas, zbieramy się. Pół godzinny marsz do domu, ząb nie daje spokoju, kolejne dwa ibupromy. Dopiero po pól godziny proszki działają.

Następnego dnia budzę się wyjątkowo wyspany. Świetnie się bawiłem przez te dwa dni. Pora wracać. Rozstajemy się przy wyjściu.

Trochę żałuje, że już muszę lecieć do Glasgow. Wiem jednak, że niedługo tu wrócę – w poniedziałek dowiaduje się, że jeden z pracodawców jest zainteresowany.

Lew wraca na swoje miejsce – do dżungli.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s