Robocop

Zeszły piątek był dniem premiery re-make’u Robocopa. Wybrałem się na niego z grupą ludzi która dumnie nazywa się „Glasgow Cinema Interest Group” i można ją znaleźć na meetup.com .

Mimo, że zapisałem się do tej grupy zaraz po przybyciu do Szkocji, dopiero teraz, czyli pół roku później zdarzyło się, że wybrałem się na spotkanie. Po części z desperacji związanej brakiem okazji do socjalizacji, a po części dlatego, że chciałem obejrzeć Robocopa i termin mi pasował :).

Członkowie grupy, to całkiem sympatyczna i zróżnicowana zgraja, od faceta który jest nałogowym imprezowiczem, do Pani która pracuje w szkolnej bibliotece. W zasadzie udało mi się porozmawiać dłużej z dwoma osobami, z resztą niestety trochę przelotnie, złamałem więc podstawową zasadę networkingu – nie skupiać się na jednej osobie.

No ale dość z części towarzyskiej – czas na wrażenia z filmu:

Oryginał pamiętam z swoich szczenięcych lat, kiedy od czasu do czasu Polsat puszczał go na zmianę z Sędzią Dredem. Nie pamiętam z którego roku była pierwotna wersja, ale na oko patrząc po estetyce, to przełom lat 80/90 XX w. Ciekawą rzeczą która od razu wpada w oko, jeżeli oglądało się oba filmy jest to, jak zmienia się postrzeganie przyszłości w zależności od momentu w którym filmu powstawał.

Oryginalny Robocop miał bardzo surową estetykę i bardzo przypominał inne filmy z tego okresu jak np. Mad Maxa. Gadżety oczywiście były na miarę tamtych czasów. Nie przypominam sobie żadnych dotykowych ekranów, smartfonów ani innych tego typu rzeczy. Poza tym z tego co pamiętam, to fabuła tamtej części była bardziej skupiona na kwestii granicy między człowiekiem i maszyną, a główny bohater nie był do końca świadomy bycia człowiekiem, a jednak została w nim pewna „pierwotna” etyka.

Nowa wersja natomiast, koncentruje się bardziej na tym jak „robotyzacja” i automatyzacja może w niedalekiej perspektywie wpłynąć na nasze życie. Zwraca też uwagę na to jak wielkie korporacje, których ucieleśnieniem jest OmniCorp (omni – z łaciny „wszech”, chyba) wpływają na nasze życie, dotykając każdego jego elementu. Poczynając od wpływu na media i polityków, poprzez faktyczne uzależnienie obywateli od swoich produktów i zamknięcie ich w swoim ekosystemie.

Wracając jednak do samego filmu a w zasadzie do jego estetycznej części, można by odnieść wrażenie, że świat pokazany w Robocopie jest całkiem niedaleki – jakieś 10 lat w przyszłość. Wszystko jest tylko „lekko podrasowane” większość technologii, które są w filmie w powszechnym użyciu znajduję się w tej chwili w fazie przygotowania do produkcji jak np. przezroczyste ekrany. Ciekawą rzeczą jest, nie wiem czy to jest celowe działanie, że praktycznie wszystkie samochody, które pokazane są w filmie, można dzisiaj zobaczyć na ulicach, widziałem kilka Hond, Porsche Cayenne etc.

Podsumowując wrażenia po filmie – na pewno warto się na niego wybrać, ale nie po to żeby podziwiać gadżety i świat przyszłości, a raczej po to, żeby zastanowić się gdzie nasz świat zmierza. Gdzie zabiorą nas międzynarodowe korporacje i na ile pozwolimy się im zniewolić czy to pośrednio, czy bezpośrednio, stając się cyborgami.

Reklamy

Między 3D a D czyli o filmie „Bitwa warszawska 1920”.

Poniżej kolejna gościnna recenzja w wykonaniu mojej mamy:

Nie miałam tego filmu w planie,choć jako snobka powinnam obejrzeć film o którym się mówi.Ale ja nie lubię tego bogoojczyżnianego zadęcia i gdyby nie to,że dostałam wejsciówkę,to do kina bym nie poszła.

Nie byla tak całkiem żle,ale  dobrze tez nie. Reżyser Hoffman od lat opowiada nam tę sama historię – na motywach Sienkiewicza: my dobrzy zaatakowani przez siły zła, stajemy się w końcu Mesjaszem Europy; tym razem zli to Rosjanie z Leninem,Stalinem i Trockim a my na czele z Piłsudskim, w tle – romans. Akcja wartko sie toczy w hollywodzkim stylu, zdjęcia w 3D odciagają uwagę od mielizn scenariusza. Natasza Urbańska ,bardzo ładna zresztą i Borys Szyc są zupełnie w 2D czyli  mało co grają a raczej tylko są . Najlepsza rola to mefistofeliczny czekista Bykowski, grany przez mojego ulubionego aktora Adama Ferencego.

Żadnego motywu muzycznego nie spamiętałam czyli hitu nie ma! (1D).

Na koniec refleksja: dobrze ,ze tego filmu nie pokali w dzień ostatnich wyborów w telewizji-wynik wyborczy PiS byłby znacznie lepszy z uwagi na ducha tego dzieła.

Człowiek jako Obcy – recenzja filmu Dystrykt 9

Obejrzałam wczoraj film z gat.sf „Dystrykt 9”.Jest to film przykry i smutny,ale bardzo zgodny z moim wyobrażeniem ludzi jako gatunku.Wbrew kategorii -science fiction,nie jest to żadna kosmiczna, przygodowa strzelanina,tylko bardzo poważny film o alienacji człowieka. Sztafaż s-f służy tylko uatrakcyjnieniu formy przekazu.

Aby streścić,rzecz dzieje się współcześnie w RPA,gdzie od 20 lat żyją kosmici – na skutek awarii statku nie mogą powrócić na swoją planetę.Główny bohater -przeciętny pracownik korporacji administrującej osiedlem obcych,na skutek zbiegu okoliczności zaczyna przekształcać się fizycznie w „krewetkę”(nazwa nadana obcym).Wskutek tego , ze swego uporządkowanego świata zostaje nagle przeniesiony do getta kosmitów,tak jak oni pogardliwie traktowany i odrzucony.Próbuje z tym walczyć, wierząc początkowo w skuteczność systemu społecznego ludzi,ale nie znajduje ratunku w instytucjach.Następnie przechodzi etap buntu a w końcu przystosowuje się do okoliczności a nawet solidaryzuje się z istotami,do których nie tak dawno czuł pogardę i obrzydzenie.

Obserwujemy,ze przemiana bohatera następuje w dwóch planach:fizycznym i mentalnym:im bardziej fizycznie jest podobny do krewetki tym bardziej mentalnie jest człowiekiem.Metafora wyobcowania ludzi odrzuconych często nie z własnej winy do gett biedoty i beznadziei jest wyraźnie widoczna .Scenografia slumsów tylko dopełnia wrażenia.

By Ewa Soczyńska (aka. Mama)

Recenzja filmów Super8 i Harry Potter Insygnia Śmierci cz.2

Kino familijne.Taka kategorię należy nadać dwóm filmom,które ostatnio weszły na polskie ekrany-„Super8″ oraz”Harry Potter insygnia śmierci cz.2”. Warto je omówić razem, ponieważ są do siebie bardzo podobne – łączy je osoba głównego bohatera. Bohatera nastoletniego, dotkniętego traumą z powodu utraty rodzica(-ów), wyalienowanego, odnajdującego się w grupie przyjaciół ogarniętych wspólna pasją. Są to filmy o dojrzewaniu, o konfrontacji hermetycznej krainy dzieciństwa(izolowany internat i środowisko małego miasteczka gdzie wszyscy się znają i są spokrewnieni) ze światem zewnętrznym, światem dorosłych.

Przejście do świata dorosłych jest nieuniknione i bolesne, prowadzi przez niemożność porozumienia, brak tolerancji dla inności i nieumiejętność okazywania uczuć. Oba filmy prowadza do takich samych wniosków – trzeba rozmawiać ze sobą, że łatwiej porozumieć się z kimś obcym niż z rodziną, że trzeba myśleć pozytywnie i że nic nie jest takie jak się nam na początku zdaje.

Tę natrętna dydaktykę znamy, mimo to oba filmy dobrze się ogląda. Efekty specjalne z racji czarodziejskiego sztafażu są w Harrym Potterze bardziej rozbudowane, ale „Super 8” też niczego nie brakuje; ten film ma pewna świeżość i jak podkreślają widzowie – doskonałą atmosferę! „Super 8” ma też lepszych młodych aktorów, zwłaszcza Emma Fanning jest doskonała. Na szczególną uwagę zasługuje końcówka „Super” – zmontowany film amatorski od którego wszystko się zaczęło. Natomiast kończąca Harrego Pottera scena „19 lat później” jest trochę śmieszna – bohaterowie nic a nic się nie zmienili przez cały ten czas.

Oba filmy polecam – trochę śmieszne, trochę straszne, ogólnie miły wieczorny relaks w klimatyzowanym kinie.

By Ewa Soczyńska (aka. mama 😉 )

Recenzja filmu „Thor”

Relaksując się pewnego razu przed telewizorem, starym męskim zwyczajem przeskakiwałem po kanałach. W którymś momencie trafiłem na jakąś kreskówkę i jako, że jestem fanem filmów animowanych zatrzymałem się na tym kanale. Kreskówką tą była „Potęga i Moc” znana też pod nazwą „Avengers” (Mściciele). Jest to komiks Marvela przeniesiony do animowanego świata. Opowiada on o drużynie superbohaterów, którzy ratują świat przed różnymi szwarcharakterami. Zainteresowany oglądałem odcinek na który trafiłem aż do końca. Od tamtego czasu jeszcze kilka razy zdarzyło mi się trafić na ową kreskówkę i zawsze oglądałem ją z przyjemnością. Bohaterem, który zwrócił moją największą uwagę był właśnie Thor – nordycki bóg burzy i piorunów. Zwrócił moją uwagę, ponieważ był inny od całej reszty herosów, jego siła nie polegała na technologii ani na żadnych mutacjach, moc miał po prostu w sobie. Poza tym, miał swój charakterystyczny „oldschoolowy” styl. Czytaj dalej

Recenzja filmu „Jestem Bogiem”

Wczoraj późnym wieczorem naszła mnie ochota na obejrzenie filmu w kinie. Wiedziony radą mojej dobrej koleżanki – pięknej Alessandry, postanowiłem wybrać się na seans dzieła pt. „Jestem Bogiem”. Tytuł jak zwykle został pieczołowicie przetłumaczony przez naszych domorosłych specjalistów od języka angielskiego. Jak się ma „Jestem Bogiem” do „Limitless”, to chyba jednak tylko Bóg jeden wie, ale nie czepiajmy się – mamy zrecenzować film a nie jego tytuł.

Zanim jednak opisze swoje wrażenia, kilka słów o tym, o czym film jest. Akcja osadzona jest wokół motywu nowego narkotyku, po wzięciu którego gwałtownie zwiększają się możliwości ludzkiego mózgu. Jedną z takich tabletek, w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności dostaje pewien pisarz – nieudacznik. Dzięki jej działaniu, w ciągu kilku chwil staje się super inteligentny – w ciągu kilku chwil pisze kilka rozdziałów swojej książki i udaje mu się uwieść żonę swojego landlorda. Niestety tabletka po jakimś czasie przestaje działać. Zachęcony tym czym osiągnął w ciągu jednego dnia, wybiera się do swojego kolegi po więcej. Niestety zostaje wplątany w zabójstwo, a przy okazji zyskuje dość duży zapas narkotyku. To zdarzenie właściwie zawiązuje akcje i staje się przyczynkiem do dalszego rozwoju wydarzeń.

Pierwsze co rzuca się w oczy od samego początku, to ciekawy i powodujący zawroty głowy efekt przelatywania przez rzeczywistość. Powtarza się on kilka razy w ciągu filmu przy różnych okazjach i muszę przyznać, że jest to powiew świeżości w warstwie wizualnej, która ostatnio zatrzymała się na efektach specjalnych a’la Matrix.

Sama akcja filmu to klasyczna amerykańska opowieść w stylu „od pucybuta do milionera” gdzie obserwujemy szybki awans głównego bohatera. W końcu akcja się zatrzymuje, ponieważ znowuż klasycznie główny bohater wpada w tarapaty. Od czasu zatrzymania się akcji, tempo filmu ulega gwałtownemu spowolnieniu i niestety zaczyna się dłużyć. W końcu nadchodzi przez niektórych wyczekiwane zakończenie i… i niestety da się odczuć pewien niedosyt. Zakończenie psuje wszystko i jest totalnie sztuczne i w żaden sposób nie wpasowuje się w klimat filmu.

Podsumowując – film nie jest specjalnie dynamiczny, jest kilka szybszych scen i trochę suspensu. Motyw z narkotykiem, pozwalającym osiągnąć nadnaturalne zdolności jest archetypiczny i powtarza się już od czasów starożytnych (vel ambrozja i nektar etc). Jest też pewną aluzją do współczesnego świata, gdzie telewizja karmi nas reklamami cudownych środków, które mają uczynić nasze życie lepszym. Przypominając przy okazji, że zażywanie każdego nawet najbardziej cudownego środka może mieć swoje poważne konsekwencje (co niestety zostaje zepsute w finałowych scenach). Koniec końców, bawiłem się całkiem nieźle i mogę polecić film każdemu, kto ma ochotę miło spędzić wieczór przy dość ambitnym jak na amerykańskie produkcje filmie 😉